Pojechałem z rodzinką na taki krótki wypad do Bydgoszczy. Nigdy nie byliśmy, skoczmy i zobaczmy jakieś atrakcje, w założeniu to miał być taki wypad na parę godzin. W pierwszej kolejności trafiło na KosmoPark, który żonie się gdzieś na Insta wyświetlił. Strona wygląda ok, ładne ujęcia zachęcały do wizyty – trochę miałem wrażenie, że to taka kosmiczna wersja wrocławskiego Hydropolis (swoją drogą mega POLECAM, rewelacja dla całej rodzinki!).
Planowanie!
Szybki telefon do KosmoParku, kiedy najlepiej wpaść, pani mówi, że po 13, bo wcześniej jakieś klasy, wycieczki mogą być. Ok, to 13. Ale że w Bydgoszczy będziemy wcześnie, to dobrze byłoby z czegoś jeszcze skorzystać. Padło na Muzeum Mydła i Historii Brudu. Ot wizyta na godzinkę z robieniem mydła, niech będzie (fyi, trzeba się zapisać na konkretną godzinę, bo jest ograniczona liczba osób, ile muzeum pomieści).
Muzeum Mydła i Brudu
Jak się okazało – to muzeum to absolutny sztosik! Trafiliśmy akurat na wejście z jakąś klasą/grupą uczniów +/- w wieku naszej najstarszej więc ideolo!
Na początku pan Mikołaj opowiedział co nieco o mydle i przystąpiliśmy do 15-min warsztatów robienia własnego mydełka, które na koniec nam wręczono. Po warsztatach prze-zajebista pani całej ekipie zrobiła tour po muzeum wraz z opowiadaniem tego, jak to ludzie się myli kiedyś, jak dbali o higienę (albo właśnie o nią nie dbali) od czasów starożytnego Rzymu po PRL. Opowiadała mega ciekawe rzeczy, ale przede wszystkim w sposób dostosowany do odbiorcy, a więc do dzieci, przy tym angażując je pytaniami w stylu „a jak myślicie…?„.
Nie były to suche, nudne fakty i rzucanie milionem dat, nic z tego. Jest tu super walor edukacyjny, poważnie, powinna tu być podwyżka, bo to muzeum z obsługą to perełka!

Później skoczyliśmy na wczesny obiad, bo znając nasze dzieciaki, 5 min po wejściu do KosmoParku słyszelibyśmy, że głód w oczy zagląda.
Welcome to kosmo-wannabe-park!
Anyway, KosmoPark znajduje się na terenie małej galerii, która akurat w poniedziałek wydawała się opuszczona. Sklepy pozamykane, tylko KosmoPark otwarty. Dziwnie.
W środku pan nas przeprosił, że dziś w całym budynku jest awaria ogrzewania. Dobra, nie ma dramatu, super zimno nie było. Dzieci mogły się przebrać w kombinezon astronauty, niestety nie przewidziano rozmiarów dla 10-letnich dzieci, wszystko było dla 5-7 lat, wobec czego Zosia po prostu została w swoim ciuchu.
…”atrakcje”…
Cała atrakcja zaczyna się 10-minutowym oprowadzeniem przez przewodniczkę po części – nazwijmy ją – historycznej, bo pani opowiadała o Gagarinie, pierwszym lądowaniu czy o kombinezonach astronautów. Niestety przekaz był mało ciekawy i nie odczułem, by był dostosowany do dzieci, bo pełno w nim było suchych faktów, które średnio dzieci angażowały. Po tym wstępie można tam luźno chodzić, zwiedzać i podotykać eksponaty.
Niestety muszę stwierdzić, że wygląda to słabo. Sufit poznaczony jest wyciętymi otworami na lampy/głośniki, ale zasłoniętymi papierem. Ściany przykryte plandekami z kiczowatymi grafikami. „Planetarium” to raptem mały namiot ze słabej jakości projektorem. Pod jedną ze ścian są planety i wagi, które pokażą naszą hipotetyczną wagę przy innej grawitacji, gdzieś tam leży lego Sokół Millennium, 1:1 Chewbacca, kilka popsutych eksponatów (!!), jakieś 3 LCD dotykowe, które oferują „rozrywkę” dla dzieci w formie słabych aplikacji rodem z Google Play Store.
Do tego kilka pierdół w ogóle niezwiązanych z kosmosem (Air hockey albo np. stolik do wciskania kolorków, z czego połowa nie działa… Poważnie?) i kilka innych naprawdę słabej jakości „atrakcji” o jakości… garażowej. Pod koniec strefa VR, w której można wybrać po jednej rozgrywce na którymś automacie (bilet Premium, za to bilet VIP ma nielimitowane rozgrywki). Te automaty to dramat i szkoda czasu.
Na końcu – warsztaty. Hucznie nazwane. Ot pan instruuje dzieci, by wlały farby z Action do słoika, ew. do kubeczka, bądź sam zrobi dla dziecka świecący balonik z AliExpress.
Słowo, które się ciśnie na usta, to HAŁA.
KosmoPark jest daleki od bycia parkiem. To wystawa, a do tego taka gorszego sortu, absolutnie niewarta swojej ceny. Nie dajcie się zwieść ocenom na Google (4,7) i Facebooku (86%) i zachowajcie swoje pieniądze.
Koniec końców…
Podsumowując, coś, co miało być raptem zapełniaczem czasu, okazało się nie tylko high-pointem dnia, ale w ogóle rewelacją wartą wizyty, a główny punkt programu to ściema niewarta czasu, a już na pewno nie pieniędzy.
Ojciec nerd. Fan szeroko pojętej fantastyki. Od Gandaharu po Trylogię Thrawna. Entuzjasta machania mieczem świetlnym. Korposzczur.



